czyli nowości, piękności i złośliwości
czwartek, 14 czerwca 2007
Rok temu o tej porze... ...wiele marzeń zaczęło się spełniać. ...wiele przygód miało swój początek. ...wielu ludzi zostało wystawionych na próbę. ...wiele uczuć zaczęło się mieszać. ...wiele słońca świeciło, wiele kropel deszczu spadło. ...wiele było potknięć, wiele było wzlotów. ...wiele padło słów, wiele gestów im zaprzeczało. ...wiele sę zdarzyło, a wiele przezstało mieć znaczenie. ...wiele dowiedziałam się o sobie. *** Rok temu o tej porze: Warsaw-London; London-Newark NJ. Całe i zdrowe, w tą i spowrotem. Oddaję cześć....
wtorek, 10 kwietnia 2007
Oddaj mojego Misia! Śmieję się, ale przez łzy z tej tragikomedii którą zafundowały mi tegoroczne święta Wielkanocne... Trafiłam po raz kolejny na kogoś, kto ma w głowie niezły burdel i nie dorósł jeszcze na tyle, żeby bawić się w życie. A ja muszę mieć kogoś, kto będzie się mną opiekował. Nie jestem na tyle silna żeby leczyć z kopleksów dzieciństwa dorosłego faceta... nie, jeśli ma być dla mnie kimś ważnym. I tak wzbogacam już od dwóch dni grono "panien na wydaniu". Smutne, że niektórzy nie wiedzą co robią i co tracą. Toast! Wypijmy za piękne Panie i cudze błędy!
wtorek, 20 marca 2007
Nie ma już nic... Nawet przez ścianę zmęczonych powiek da się zauważyć, że idzie wiosenne przebudzenie. Kobiety coraz częsciej odwiedzają salony fryzjerskie, z nóg schodzą zimowe buciska, z karków ciężkie kurty, a w klubach fitnessu i siłowniach brakuje miejsc. Wiosna pełną gębą, chciałoby się rzec, trochę się więc pozimowo poruszamy aby za dwa tygodne zasiąść do Wielkanocnego stołu. Niech żyje wiosenna hipokryzja. Niech żyje! I jak zwykle gdy przychodzi do przełomów mam ochotę na Kraków i zbieram się w sobie by spędzić tam kolejny ważny weekend. Będzie tym razem neutralnym gruntem dla przekonania się, czy to, w co usilnie wierzę od grudnia (czyli moją uczuciową metamorfozę) naprawdę istnieje... i nie chciałabym się rozczarować. Za dużo już tego było. Wish me luck!
środa, 07 lutego 2007
I dream purple... To podobno najlepsze rozwiązanie dla mnie, jednostki z tendencjami obsesyjno-kompulsywnymi, żeby dawkować mi to, na czym mi zależy. Z tym tylko drobnym założeniem, że dawkowanie nie będzie bezlitosnym odrywaniem i odseparowywaniem, a tak niestety się dzieje. I w ten oto sposób, genialne rozwiązania stają się moją męką i udręką. Jeszcze tylko 23 dni...
środa, 10 stycznia 2007
Wodnik w pracy... I stało się! Podjęłam się wyzwania jakim jest pogodzenie pełnowymiarowej pracy ze studiami, kursem i warsztatami. Wychodzi mi to całkiem nieźle, z drobnym tylko ale- nie mam czasu na nic innego, na kogokolwiek i na cokolwiek. Submisyjnie poddałam się mojemu jednemu pragnieniu i będę je realizować od czasu (powiedzmy: kalendarzowej) wiosny. Chcę być sama w czterech ścianach- i tej wersji będę się trzymać, dążyć, starać się i nie poddawać. Bez odbioru.
wtorek, 26 grudnia 2006
Meri Kristmas... Żal, że nie umiem docenić Świąt tak jak bym chciała, albo jak chciałoby tego otoczenie, żal ten jest cały czas i nie opuszcza nawet na krok. Teraz nadejdzie uroczy 'okres międzyświąteczny', to może chociaż kilka 'spotkań na szczycie' podreperuje moje duchowe niespełnienie. Podobno w Święta ludzie się zmieniają... ja czekam aż zmieni się moje życie, aż wywinie się o 180o i wtedy dopiero poczuję, że wydarzyło się coś świątecznego. Póki co mam na koncie jedynie dwa stany deliryczne, ale o tym to może innym razem, bo wena coś kiepska w wyniku ostatnich wydarzeń i ograniczeń. Czas się szykować na imprezę Sylwestrową... czyli zacząć zbierać drobne na alkohol! ;)
czwartek, 30 listopada 2006
Dziękować, dziękować... Istocie (bo nie mogę tego kogoś nazwać osobą, gdyż jej człowieczeństwo jest bynajmniej wątpliwe), a więc istocie która poczyniła wpis pod jednym ze zdjęć na temat mojego wyglądu chciałabym serdecznie podziękować. Nie ma to jak przeczytać coś zajebiście dołującego na swój temat. Nic tak nie poprawia załamującej się samooceny zakompleksionej i samotnej 21-latki. Dziękuję- doprawdy! A druga część wpisu, że jakoby zdjęcia te były (cytuję) 'kiepską reklamą' jest bynajmniej niedorzeczna, gdyż nie jestem produktem i nie mam w zwyczaju się reklamować. Jeszcze raz- szalenie dziękuję!
wtorek, 28 listopada 2006
Mgła... I znowu niewyraźnie. Niby dobrze, a jednak źle, niby ciepło a jednak zimno, niby uśmiech na twarzy, a jednak jakoś się tak wykrzywia do dołu. I ani śmieszny nowy kubraczek, ani nawet pofalowane optymistycznie jak loczki na mojej głowie myśli nie polepszają sprawy. I tuptam tak sobie po różnych ścieżkach w moich magicznych czerwonych buciczkach Dorotki z "Czarnoksiężnika Oz", ale żeby patrzeć na tą optymistyczną czerwień- nos muszę mieć wbity w podłoże i z daleka wyglądam pewnie jak istota z dołem-gigantem... gdzie tu rozsądne wyjście? I na sylwestra nie mam gdzie (ani tym bardziej z kim) iść, a mój obiekt do badań dostaje histerii na widok pracy dodatkowej i wytyka mnie swoim siedmioletnim paluszkiem krzycząc "Zło! Zło! Przyszło zło!". Gdzie tu znaleźć szybko jakąś radość i odskocznię..? Chyba zadzwonię do Bartusia, może ma dla mnie jakiś zboczony i obleśny dowcip.
niedziela, 19 listopada 2006
To okropne... Ludzie zmieniają się- to niejako rzecz oczywista, ale bardzo boli gdy po długim czasie spotykasz kogoś, kto kiedyś był wyznacznikiem, kto kierował Twoimi myślami, a teraz widzisz, że stanął w miejscu, albo i nawet się cofa. I nie zwalajmy tego na powszechne zjawisko znane jako "starzenie się", bo starzejemy się tylko ciałami, a jeśli tylko tego zechcemy-duchem nigdy. I potem dziwić się, że niektórzy chcą być sami, a jak tu nie prowadzić samotnego żywota, skoro to właśnie najbliżsi ludzie nas blokują? Za jaką cenę? Za to tylko, żeby nie budzić się rano samemu? Za to, żeby miał kto podać chusteczkę? To ja bardzo za coś takiego dziękuję! Wolę już sobie wytresować małpę i wybieram wolność.
piątek, 17 listopada 2006
Tak jakby lepiej... ...i pogoda jakaś taka łaskawsza, bo słonko przyświeca nowemu stanowi świadomości. I ludzie jacyś tacy serdeczniejsi, i nawet niektórzy zaczęli przypominać sobie o moim istnieniu! Dobrze jest, albo raczej- będzie, bo stanu aktualnego nie mogę zawieszać w nieskończoność, ile można wisieć w powietrzu nad samą sobą i szukać tych wspomnianych już kaloszy? To dobre na kilka tygodni, a potem trzeba będzie znowu zacząć... zmagać się, jak to zostało ustalone. Póki co szkoła, uciechy ducha (książeczki moje kochane!), uciechy ciała (and up, and down, and up, and down... i jeszcze osiem razy!), i hop siup do przodu. :)
|
Zakładki:
Jak by to było gdyby teatru nie było..?
Męki, kwęki mej udręki...
Moje Słoneczka...
Mój mały psychologiczny świat...
|